Ballada o Janku Wodniku
On by sprzedał własną matkę Za garść ziela Za koc w kratkę Widziałam Jak pił miodek pod sklepem Z osiedlowym Kubusiem Puchatkiem
On by sprzedał swego ojca Za browary Za łyk słońca W pralni brudnych Ciuchów pełen wór Zrobię sobie z nich do nieba Gruby sznur
On by sprzedał młodszą siostrę Za jej oddech Za jej cnotę Tłum amantów już się cieśni Daj buziaka, rozchyl piersi Pustym wzrokiem odliczyła Tych Których noc w noc W swoich snach dusiła
On by sprzedał swoich braci Za wór chleba, czystych gaci Milczcie chuje! To Wy Daliście się zeszmacić Tania miłość, drogie błędy Proch, trzy paski, złote zęby
On by sprzedał swoje jaja Za pieszczotę Za warg ciepłych dotyk, smak W bzach, ruczajach
Kocem w kratkę się okryję Pod księżyca jasną łuną Rząd browarów wleje w ryje Swoje i ich ciasne szyje Utopce, wodniki, brzeginie Niech to, co w wodzie mój grzech zmyje, rozmyje
Napełnijmy swe gęby i brzuchy pomyjami Co święte i przeklęte Na to czekamy
Wypijmy za zdrowie wszystkich Co nalali łez do miski
Wypijmy za zdrowie matki Jej ton głosu poprawny, gładki
Wypijmy za zdrowie ojca Jego ręka szorstka i mocna
Wypijmy za zdrowie siostry Nie pamiętała go już zeszłej wiosny
Wypijmy za zdrowie braci Nie wstawili się jeden z drugim Gdy na życie on chciał inaczej
Wypijmy za zdrowie swoje I wszystkich mieszkańców jeziora Do gardła wlewam browary moje Może nadeszła już spać pora?